Velvet Buzzsaw. Sztuka współczesna o sztuce współczesnej. [RECENZJA]

Recenzja filmu Velvet Buzzsaw


Netflix nie próżnuje. Z miesiąca na miesiąc atakuje tak samo przytłaczającą liczbą tytułów, nie zważając na ich poziom. Wielka siła tej platformy polega na tym, że potrafi ona wykorzystać swoją wielkość i rozpoznawalność, a materiały promujące ich najnowsze produkcje bardzo umiejętnie budują publiczny hype. Z filmem Dana Gilroya, pt. Velvet Buzzsaw nie było inaczej. Dostaliśmy dużo gwiazd, obiecującego reżysera i intrygujący pomysł na zabawę konwencjami gatunkowymi. No sorki, ale dzieła sztuki mszczące się na chciwych i zadufanych w sobie influencerach to coś, z czym jeszcze kino styczności nie miało. Czy efekt pracy dorównał sporym oczekiwaniom? Odpowiedź znajdziecie poniżej.

Velvet Buzzsaw opowiada o kilku ciekawych osobistościach, aktywnie działających w środowisku sztuki współczesnej. Mamy tu m.in. pragmatyczną panią prezes stawiającą jedynie na zysk, ekscentrycznego krytyka, którego coraz trudniej czymkolwiek zachwycić, oraz podstarzałego, wypalonego artystę, uzupełniającego swoje życie alkoholem. Postacią zaburzającą status quo w świecie przedstawionym jest niezbyt ustawiona sekretarka z poważnymi problemami osobistymi. Jej związek się rozsypał, została zdegradowana w pracy, a co gorsza, znalazła na klatce schodowej martwe ciało swojego sąsiada. Po powiadomieniu policji, postanowiła zabrać z jego mieszkania osamotnionego kota. Podczas zwiedzania opuszczonego lokum, odkryła całą stertę pozostawionych rozkładowi obrazów nieboszczyka. Wyczuwając możliwość zysku i rozgłosu, zabrała je wszystkie ze sobą. Okazują się być one arcydziełami, które przypadają do gustu całemu środowiskowi malarskiemu, ale i śmiertelnie niebezpiecznymi bytami, rozliczającymi się z każdym człowiekiem, jakkolwiek naruszającym zasady etyki wśród obcowania ze sztuką współczesną.

Nie da się ukryć, że opis filmu jest już sam w sobie ciekawy i chociażby za pomysł, na którym ma się opierać całość fabuły, warto twórców pochwalić. Niestety, na samej idei wszystko się kończy, gdyż brakuje w tym wszystkim ładu i składu. Widać tu jak na tacy, że Dan Gilroy chce tym tytułem wejść w nurt nowofalowych, niestandardowych horrorów. W gatunek kina grozy próbuje wsadzić spore ilości satyry i groteski, dotyczących stanu dzisiejszej kultury doświadczania oraz postrzegania sztuki. Oprócz dobrze słyszalnego przesłania i paru porcji niewymuszonego śmiechu, seans pozostawia wiele do życzenia.

Po pierwsze, złe operowanie konwencją horroru. Film nie straszy i trudno mu w sposób poprawny zbudować napięcie. Sceny, w których ma dojść do sytuacji paranormalnych są nieznośnie sygnalizowane. Kiedy widzimy, że postać zostaje sama w ciemnej bądź klaustrofobicznej przestrzeni, to wiemy, że zaraz zostanie bezlitośnie zamordowana. Nie ma w tym emocji, suspensu, jest za to trochę kreatywności. To, w jaki sposób giną bohaterowie, wchodzi w obszary malarskiej abstrakcji i operatorskiej fantazji, wykorzystując motywy przedstawionych obrazów, przedmiotów, pomieszczeń.

Trudno jednak o jakąkolwiek satysfakcję, kiedy postacie (a jest ich sporo jak na dwugodzinny film) giną tu jak zwykłe pionki, wcześniej w ogóle niezarysowane charakterologicznie. Oczywiście, dostajemy parę słów typu: „To nie był zwykły hydraulik, on chował w sobie pasję do tworzenia przepięknych dzieł!”, ale to wszystko. Znajdzie się tu kilka jednostek o nieco bardziej rozbudowanych profilach. W rolę manierycznego krytyka świetnie wszedł Jake Gyllenhaal, twardość i upartość celnie podkreśliła Rene Russo, a znudzoną duszę wyraźnie widać u Johna Malkovicha, ale wspólnym mianownikiem tych figur jest niewykorzystanie ich pełnego potencjału. Ich wątki urywają się w sposób BARDZO rozczarowujący, a metamorfoza, jaką przeszły w trakcie historii, nie znaczy absolutnie nic, przez to jak zostały niesprawiedliwie potraktowane.

Ten pogmatwany świat sprawia wrażenie niedokończonego i poucinanego. Przez to, jak chaotycznie rozgrywa się w nim akcja, nie byłem w stanie w niego uwierzyć, pomimo moich szczerych chęci. Został on natomiast bardzo dobrze skonstruowany od strony technicznej. Za zdjęcia odpowiedzialny jest Robert Elswit, czyli pan, który słynie ze swojej owocnej kooperacji z Paulem Thomasem Andersonem. Tutaj tylko potwierdził swój talent w dostosowywaniu ujęć do klimatu filmu. Czasoprzestrzeń sprawia wrażenie zamkniętej bańki, w której sztuka rzeczywiście przeraża i atakuje swoją niezależnością od ludzkich zachcianek.

Daleko jestem jednak od stwierdzenia, że Velvet Buzzsaw to kompletny paszkwil. Koniec końców, Gilroy bardzo celnie uchwycił zmianę, jaka zaszła na przestrzeni wielu wieków w naszej mentalności. Kiedyś artyści byli zapamiętywani za swój prawdziwy talent i wizjonerskie podejście. Dzisiaj wszystko można kupić, każdego można wypromować lub wynająć. Rzeczy naprawdę dobre najprawdopodobniej nigdy nie ujrzą szerszej publiki, gdyż dziś liczy się przede wszystkim pieniądz, szczęście i znajomości. Doceniam sposób, w jaki reżyser chciał nam to przemycić. Żałuję jedynie, że zrobił to tak nieumiejętnie.


Ocena: 5/10

image sources

  • Netflix 1: Netflix
  • Netflix 2: Netflix
  • Netflix 3: Netflix

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *