Siła (nad)interpretacji ~ Laska Studencka #6

Artyści to ludzie, którzy poprzez swoją twórczość chcą przedstawić sposób, w jaki widzą świat. Pomimo ich oczywistych zapędów w kierunku indywidualizmu i wyjątkowości, bardzo często wpisują się w istniejący już nurt, gatunek czy styl. Kategoryzacja nie jest w tym przypadku niczym dziwnym, twórców łączyć może podejmowany temat, bądź metoda jego przedstawienia. Nieprzerwanie odrębny pozostaje jednak autorski światopogląd. Często analizując tekst kultury (nawet pobieżnie) zdarza nam się powiedzieć: „Chyba wiem, co <tu wstaw imię i nazwisko Twojego ulubionego artysty> miał na myśli”. Owszem, istnieje szansa, że odczytaliśmy zamierzenia autora, ale nigdy nie będziemy tego pewni, przecież nie siedzimy w jego głowie. Za wszystko odpowiedzialna jest nasza umiejętność INTERPRETACJI. Dzięki niej, potrafimy cieszyć się cudzym dziełem na naszych warunkach. Kino nie należy w tej materii do wyjątków. Znajdzie się jednak grupa reżyserów, która rzuca widzom rękawicę i wykorzystuje ich zdolności odbiorcze jako swoją własną broń. Oto kolejna część cyklu Laska Studencka.

Każdemu z was zapewne obiło się o uszy pojęcie mind game films. A już na pewno użyliście słowa „mindfuck”, by określić wasze doznania związane z danym dziełem.  Są to te filmy, które bawią się widzem, a jednocześnie zapraszają do dogłębnego przebadania ich wnętrza. Zjawisko to już bardzo szczegółowo przebadała Barbara Szczekała w książce Mind-Game Films. Gry z narracją i widzem. i nie będę się na nim skupiał. Interesuje mnie bardziej konkretna para tytułów, wykorzystujących ten jakże specyficzny gatunek (?), do bezczelnego operowania zjawiskiem interpretacji.

Bo czym w zasadzie jest interpretacja? Najprościej rzecz ujmując, to próba zrozumienia „czegoś”. Posługując się tym terminem w kontekście wytworów kultury, tak naprawdę umniejszamy jego potencjał i rolę, gdyż towarzyszy nam on codziennie. Całe nasze życie opiera się w dużej mierze na wyjaśnianiu tego, co niezrozumiałe i na nadawaniu wszystkiemu sensu. Stąd też obcujemy z różnymi religiami, teoriami, hipotezami. Rozumienie filmu to zdarzenie na dużo mniejszą skalę, choć reżyserzy często odnoszą się w swoich dziełach do ludzkiej egzystencji, tym samym działając w imię spraw wyższych.

Sam David Bordwell uznawał interpretację za kluczowy element odbioru filmu. Ostrzegał jednak przed zbytnim przywłaszczaniem treści dla samego siebie, gdyż może to niechybnie prowadzić do nadinterpretacji. I jasne, nikt nie przeszkodzi drugiemu człowiekowi w tworzeniu całkowicie odrębnych znaczeń, ale dochodzi wtedy do odklejenia swoich myśli od całej istoty dzieła. I z tą myślą zapewne działał David Robert Mitchell, przy tworzeniu Tajemnic Silver Lake.


Tajemnice Silver Lake [reż. David Robert Mitchell]


Film ten to karykaturalny obraz tzw. dużego dzieciaka. Główny bohater to jednostka niegroźna dla otoczenia, żyjąca w skrajnej beztrosce oraz bijącym po oczach marazmie. Przez jego lenistwo przebija się jednak chęć zrozumienia świata, a dusza błędnego marzyciela bezustannie próbuje się wydostać z niewygodnego ciała. Jak się okazuje, do szczęścia potrzebuje bardzo niewiele. Wystarczy spotkanie z uroczą sąsiadką, by zakochać się po uszy i zapomnieć o codziennej nudzie. Po wspólnie spędzonym wieczorze, dziewczyna znika, a protagonista nie może w to uwierzyć. Nie przyjmuje do wiadomości faktu, że mogła się ot tak wyprowadzić. Rozpoczyna więc kuriozalne śledztwo, stawiając za cel numer jeden jej odnalezienie. Każdy rysunek na ścianie, numer na tablicy, czy pudełko po pizzy, stają się dla niego ważnymi poszlakami, a informatorów szuka w środowiskach niezwykle specyficznych. Szalony geek czy naćpane bikini queens? Wszystko ma znaczenie.

Dodajcie do tego autystyczno-flegmatyczne ruchy chudego jak patyk Andrew Garfielda oraz jego życiowe nieogarnięcie przelane na przedziwne zachowania i ukazuje się wam efekt końcowy. Absolutnie unikatowy i przepiękny w swojej nienormalności, choć czasoprzestrzeń wydaje się tu spełniać wszystkie normy. Jedyną rzeczą odbiegającą od naturalności jest zachowanie postaci, a mianowicie ich absurdalny sposób postrzegania rzeczywistości. Potrafią się tu od niej całkowicie oderwać, a jednocześnie czerpać z niej przyjemność. Rozumieją ją na swój sposób, spełniają się w niej, ale nie do końca są już jej częścią (patrz: akapit z Bordwellem).

Ton filmu nie należy do najpoważniejszych, jednakże trudno wyczuć stosunek autora do przedstawionej treści. Mitchell trochę się tu śmieje, trochę płacze, a trochę straszy. Bawi się niedorzeczną symboliką i atakuje dysfunkcjami świata przedstawionego, nie zapominając o relacji nadinterpretacji z autodestrukcją. Tajemnice Silver Lake to doskonały przykład na to, że niestabilne trzymanie się ziemi potrafi szybko wyprowadzić w kosmos.


Wada ukryta [reż. Paul Thomas Anderson]


Wada Ukryta to kolejna deformacja świata, ale tym razem świata równoległego. Główną rolę spełnia tu prywatny detektyw (albo i nie), który tak mocno jak i w pracę, zanurza się w świat narkotyków. W międzyczasie przeprowadza śledztwo, będące poszukiwaniami jego byłej dziewczyny. Brzmi znajomo, prawda? Im dalej w las, tym bardziej surrealne staje się całe wewnątrzfilmowe otoczenie, a oniryzm świetnie podkreśla uzależnienie i zatracenie się w tym, co niezrozumiałe.

Całość jest celowo skonstruowana tak, by całkowicie skomplikować życie zarówno postaciom jak i widzom. Pada tu milion fikcyjnych imion, miejsc, organizacji, a wszystko po to, by zespolić prawdę z nieprawdą. To, czym ten film, różni się na tle poprzedniego tytułu to sposób, w jaki tłumaczy się tu świat. P.T. Anderson podkreśla konflikt protagonisty z samym sobą. Postać wykreowana przez Joaquina Phoenixa wie, że z każdą sekundą coraz bardziej ucieka od poczytalności, potrafi nawet sama notować, co uważa za fikcję i paranoję, a co za zdarzenia prawdziwe. Koniec końców, przegrywa z przytłaczającym ją środowiskiem i brnie dalej w nieznane warstwy, w których, o dziwo, czuje się jak w domu.

Zaskakująco dwuznaczne jest połączenie niepoważnego kryminału z tripową przygodą, której nie da się w pełni ogarnąć, ale przy odrobinie wysiłku można ją szczerze poczuć. Odbiorcy, interpretując Wadę ukrytą, nie dążą może donikąd, jednakże nieświadomie stają na pozycji protagonisty. Z każdą próbą zrozumienia tego filmu, wchodzimy coraz głębiej w jego równoległą płaszczyznę, zarazem przeczuwając, że może być to droga bez powrotu. Do bezcennych uczuć należy bez wątpienia ta chwila po seansie, gdy uświadamiamy sobie, co właśnie próbowaliśmy zrobić.


Tak, macie rację. Pisząc o filmach zbudowanych na pojęciu „interpretacja”, sam posługiwałem się interpretacją. Wpadłem w sidła twórców, zatoczyłem błędne koło, ale spełniłem moje odbiorcze potrzeby. Próba wykładni zawsze wiąże się z dużym ryzykiem, ale wiąże ze sobą duże pokłady satysfakcji, rodzącej się z przekonania, że wyjaśniliśmy coś w sposób dla nas przekonywujący. Jako odbiorcy, mamy dużo swobody, ale mało racji, a najlepiej spuentuje to Krzysztof Kieślowski: Bo ja wiem, czy w moich filmach jest znowu taka głęboka zawartość intelektualna? Ja myślę, że ja opowiadam historyjki, a państwo czasem w nich znajdujecie więcej, nawet często więcej niż ja chcę. 

image sources

  • 1: WelcomeToTwinPeaks
  • 2: Allo Cine
  • 3: One Perfect Shot

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *