Podróż po Meksyku, Montanie i autostradzie ~ Laska Studencka #1

 Założenie bloga było naprawdę dobrym pomysłem. Nie przemyślałem jednak tego, że być może zakładam go w złym czasie. W końcu przedświąteczne porządki same się nie zrobią, a dziadkowie sami się nie poodwiedzają. Ale to nic, prawdziwy filmoznawca nigdy nie narzeka na brak czasu, dlatego też obejrzałem ostatnio parę filmów, a opinie na ich temat postanowiłem przekuć na pierwszy w historii Dyskusyjnej Laski Filmowej konkretny artykuł. Panie i Panowie. Oto Laska Studencka.

Laska studencka to seria, w której będę dzielił się moimi filmowymi wrażeniami i doznaniami. Pojawią się tu tytuły, które dopiero co zawitały na ekranach kin lub platformach streamingowych, jak i te świeżo wygrzebane z  prywatnej kupki wstydu. Skondensowana forma, luźny styl, wyławianie perełek, gnojenie paździerzy – tak ma to mniej więcej wyglądać. Oryginalności? Za grosz. Chęci? Tego już nie kupicie. Zapraszam do lektury!

Roma [reż. Alfonso Cuarón]

Nie można zacząć swojej przygody z blogowaniem lepiej, niż od recenzji jednego z filmów definiujących całą dekadę. Przyznam się szczerze, że bałem się tego seansu. Spodziewałem się przeciągniętego, arthousowego slow cinema, gdzie główną rolę gra samozachłyśnięcie się swoją własną zajebistością. Otrzymałem produkt w połowie zgodny z moimi predykcjami. Roma rzeczywiście się chwali, ale na pewno nie przechwala. Cuarón subtelnie kontroluje film, ograniczając się głównie do delikatnych ruchów kamery w lewo czy prawo, które wystarczą do tego, aby zaprezentować obraz pełen detali, ale i konkretów. Widzimy wszystko to, co powinniśmy widzieć, jednocześnie zahaczając o pozornie przypadkowe elementy otoczenia, do jakich z pewnością można zaliczyć przewijający się przez fragmenty historii tajemniczy(?) samolot. Dom rodzinny, w którym rozgrywa się spora część akcji, znam już na pamięć i chętnie bym do niego wrócił (co z pewnością uczynię w niedalekiej przyszłości), co tylko potwierdza jak efektywne są tutaj te proste zabiegi operatorskie . Nie samą techniczną stroną to dzieło żyje, choć bez wątpienia stanie się ona wzorcowym przykładem ornamentacji treści stonowanych (aczkolwiek chowających w sobie tony emocji). Bo treść jest nie byle jaka. Na pierwszy rzut oka przeciwstawia sobie dwie klasy społeczne, aby potem ukazać ich niezaprzeczalne podobieństwa i mocne więzi. Z tego wszystkiego przebija się również ogromna siła małych rzeczy, zupełnie niewidzialna w naszym codziennym życiu. Całość działa nie tylko na papierze, film krok po kroku buduje szczerość bliskości wszystkich postaci, a wszystko znajduje swoje ujście i prawdę w PRZEPIĘKNEJ finałowej sekwencji, gdzie czerń i biel łączy się z żywiołem wody, a widz ma do czynienia z jednym z najdelikatniej ukazanych aktów pomocy w historii kina, który śmiało można nazwać deklaracją prawdziwej miłości. Zanim zaczniecie wymiotować z powodu przedawkowania słodyczy w kilku ostatnich zdaniach, spróbujcie jeszcze obejrzeć ten film. Leży cieplutki na Netfliksie i czeka na ludzi, którzy chcą po prostu poznać definicję słowa „perfekcja”. Ocena: 9/10 (po rewatchu wejdzie pewnie dziesiątka)

Kraina Wielkiego Nieba [reż. Paul Dano]

Tak jak Romę przeżywało się w sposób głęboko wewnętrzny, tak debiut reżyserski Paula Dano grał w trochę prostsze karty. Sęk w tym, że zostały one rozdane w taki sposób, że nie pozostawiły mi one żadnego dalszego pola do manewru. Historia osadzona w małym miasteczku w stanie Montana, gdzie na pierwszym planie pojawia się prosta, naprawdę urocza rodzinka, a ulice wypełnia pustka, zimno, samotność (widoczki są za to ładne). Składając wszystkie te elementy świata przedstawionego do kupy, można dojść do jednego wniosku – ta „prosta, naprawdę urocza rodzinka” zaraz się rozpadnie. Punktem wznoszącym filmu jest sposób przedstawienia całego tego rozpadu. Przybranie perspektywy dziecka okazuje się być strzałem w dziesiątkę. Sama postać nastolatka może trochę nie spodobać się części odbiorców, gdyż część jego decyzji nie pokrywa się z decyzjami poprawnie funkcjonującej jednostki w społeczeństwie, ale właśnie to niezdecydowanie, zagubienie, rozstrzelenie pomiędzy miłością do dwójki rodziców, brak odwagi do powiedzenia głośnego STOP, sprawia, że postać zyskuje na oryginalnym rodzaju wiarygodności. Pomaga w tym zdecydowanie bardzo zniuansowana gra aktorska młodego Eda Oxenboulda. Kroku dotrzymują mu oczywiście jego kochani mama i tata. Gyllenhaala nie ma tu dużo, ale jak już się wkurwia, to chciałoby się uciec z sali kinowej, a Carey Mulligan tworzy tak niejednoznaczną postać, że głowa mała. Z jednej strony to kulturalna i opiekuńcza Perfekcyjna Pani Domu, a z drugiej to niezdecydowana patusiara przez duże „P”, która zrobi wszystko, aby tylko zapewnić byt sobie, jak i swojemu dziecku. Nie wiem, czy nie jest to najlepsza rola, w    jakiej ją widziałem. Scenariuszowo gra tu naprawdę dużo rzeczy (złota ręka Zoe Kazan), a Dano pokazuje, że jest nie tylko utalentowanym aktorem, ale i bardzo ambitnym reżyserem. Niech za rekomendację posłuży fakt, że przez połowę seansu zasłaniałem oczy z lekkiego zażenowania i zawstydzenia w stylu „proszę, niech to się nie dzieje”.             Ocena: 8/10

Zaginiona Autostrada [reż. David Lynch]

Warto to powiedzieć na starcie. W wakacje nadrobiłem wszystkie 3 sezony Twin Peaks i było to jedno z najlepszych filmowych przeżyć, jakich byłem uczestnikiem. Od tego momentu poważnie zainteresowałem się Davidem Lynchem i  próbuję dosyć regularnie odhaczać resztę jego twórczości. Tak się składa, że dosłownie kilka dni temu obejrzałem Zaginioną Autostradę i wiem jedno – nadal nic o niej nie wiem. W głowie mam mnóstwo nieudanych prób interpretacji, sprzecznych ze sobą powiązań i porażek w odczytywaniu ruchomej symboliki. Ale wiecie co? Nie jest mi z tym źle. Może dlatego, że mam mały fetysz polegający na tym, że uwielbiam nie rozumieć Lyncha. Alinearność, oniryzm, duże natężenie niecodziennych scen miłosnych, często popartych zaskakująco pasującą do nich ścieżką dźwiękową (od Rammsteina do hipnotyzującej wersji „This Magic Moment”) po prostu stanowią o genialności tego filmu. Mogę o nim pisać naprawdę wiele, a i tak nie uchwycę clue tego filmu, bo jest nim to uczucie w głowie, które pojawia się  po pewnym czasie od zakończenia tegoż jakże szalonego i niezapomnianego seansu. Całość muszę podsumować bardzo nieoryginalnym i fanboyowym zdaniem, gdyż mam do niego słabość: I have been lynched. Ocena: 8/10

 

 

1 thought on “Podróż po Meksyku, Montanie i autostradzie ~ Laska Studencka #1

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *