O dwóch takich, co za dużo ćpali ~ Laska Studencka #4

Lucas Hedges i Timothée Chalamet to wschodzące gwiazdy, które zdążyły już zabłysnąć w świecie aktorskim. Każdy z nich zaczynał inaczej, a popularność zdobyli za sprawą zupełnie innych tytułów, ale jest coś, co jak na razie łączy tych dwóch dżentelmenów, a mianowicie – rodzaj dobieranych ról. Wątpliwościom nie ulega fakt, że większość z tych kreacji to zbuntowani bądź szukający swojego miejsca na Ziemi nastolatkowie, którzy koniec końców są świadkami własnej wewnętrznej przemiany/emocjonalnego otwarcia. Wisienką na tym słodkim torcie jest jednakowoż delikatność i subtelność z jaką potrafią te metamorfozy ukazać. Nie będę więc kłamał i powiem, że każdy film z ich udziałem to dla mnie idealna okazja do niewinnego stalkingu i żywej obserwacji ich artystycznego rozwoju. Los chciał, że nowy rok otwarty został premierami dwóch dzieł opowiadających o gówniarzach uzależnionych od narkotyków. Jednej historii przewodzi właśnie Chalamet, a drugiej Lucas Hedges. Oto Laska Studencka, a w niej Mój piękny syn oraz Powrót Bena.

 

Mój piękny syn [reż. Felix van Groeningen]

Zacznę od filmu, który swoją premierę miał o tydzień wcześniej. Mój piękny syn opowiada głównie o relacji troskliwego ojca Davida Sheffa (w tej roli Steve Carell) z uzależnionym od różnorodnych używek synem o imieniu Nic (a w tej roli wyżej wspominany piękniś z Tamte dni, tamte noce). Sama historia nie należy do najbardziej zaskakujących czy innowacyjnych, ujmuje ona raczej swoim niezwykle wyszukanym podejściem do tematu, charakteryzującym się bolesną szczerością, bezgraniczną miłością oraz podkreśleniem ludzkiej niemocy i słabości wobec otaczających nas pokus, ale też i życiowych zadań.

Niczego nie dałoby się jednak poczuć, gdyby nie wybitne kreacje Carella i Chalameta. Ten pierwszy znakomicie odgrywa postać taty (nie)idealnego, czyli człowieka o wielkim, acz krwawiącym sercu, walczącego do samego końca o swojego pierworodnego. Z kolei Nic to bohater czuły, inteligentny, ale i zagubiony. Wsparcie i ciepłe słowa są dla niego często atakiem, czasem jedynie chwilową pociechą, zostaje on wystawiony na próbę i w pewnym momencie sam musi walczyć o swoje człowieczeństwo. Obie postacie są ze sobą niezwykle blisko. Wrażenie robi każdy dialog, szczególnie kończone płaczem kłótnie wynikające z wzajemnego niezrozumienia intencji i urazy spowodowanej częściową utratą zaufania. Szczególnie fragmenty z użyciem „Everything”. To słowo przewija się w wielu scenach i wyraża więcej niż tradycyjne „Kocham Cię” (nie nawiązuję tu wcale do reklamy elitarnych słodyczy). Zdaje się ono zawierać w sobie wiele emocji i wspólnych przeżyć, które na bieżąco ujawniane są widzowi. Takie małe rytuały to smaczki dowodzące o unikalności całej tej więzi.

Kilka słów o samej formie, bo ta idealnie zgrywa się z tonem całego filmu. Łączy ona progresywność akcji z masą porozrzucanych w czasie powrotów do przeszłości. Dzięki nim osoba Nica nabiera kolorów, czule kontrastujących z głęboko ukrytą czarną dziurą, która niejako stała się źródłem jego wszystkich problemów. Zdjęcia są bardzo oszczędne, idealnie oddające stan świata widzianego oczami głównych bohaterów. Są to często zbliżenia przedstawiające twarz toczącą bitwę ze stresem, bezsilnością i rozczarowaniem. Łzy i neurotyczne gesty ciała stają się pomocą przy wypływie wszystkich tych uczuć, a ich obecność jest zauważalna na każdym kroku. Oprócz tego, kamera lubi przedstawiać postacie na różnego rodzaju tle, zależnego w dużej mierze od charakteru miejsca akcji. Dom przedstawiany jest jako oaza bezpieczeństwa i spokoju, gdzie wzajemna miłość gra pierwsze skrzypce. Jego opisowi służą ciche, wysokie drzewa, dom z dużą ilością okien (furtek na świat) i przebijające się przez całą tę delikatność promyki słońca. Po drugiej stronie barykady ukazywane są natomiast tereny mroczne, samotne, wyniszczające, gdzie Nic spędza sporą część filmu w celu ucieczki i chwilowej izolacji w towarzystwie dobrych ziomków narkotyków. Widz czuje się na zmianę komfortowo i niekomfortowo, a w zmianach nastroju pomaga nam jeszcze prześlicznie dobrana do scen muzyka pełna uspokajających i kontrolujących akcję nut.

Niestety, nie wszystko zostało dopięte na ostatni guzik. Sinusoida nastrojowa, której ofiarą jest postać grana przez Chalameta, wygina się w drugiej części filmu aż za bardzo. Pozostaje niemiłe wrażenie mało zgrabnego rozciągnięcia całej linii fabularnej, przez co we wszystko wdaje się wtórność. Widzimy te same wahania, problemy oraz rozwiązania i nie miałbym z tym żadnego problemu, gdyby nie to, że nie udało się utrzymać wysokiego poziomu zaangażowania w historię. Nie zrozumcie mnie źle, nie rozłazi się to wszystko całkowicie, ale Groeningen wydaje się być w pewnym momencie zmęczony swoim własnym filmem. Pomimo tego zgrzytu, scena końcowa to przepiękne domknięcie całości, która prezentuje się naprawdę urokliwie i przede wszystkim skutecznie. Ja sam w pewnym momencie nie mogłem się patrzeć na te wielkie strzykawy, stan ciała Nica i dzielnie wstrzymywany płacz Steve’a Carella.


Ocena: 7/10

Powrót Bena [reż. Peter Hedges]

Jest to ugryzienie tematu z zupełnie innej strony. W opowieść wrzuceni jesteśmy nagle. Wraz z Julią Roberts wracamy z kościoła, by na schodach wejściowych ujrzeć niespodziewanego gościa, jakim jest jej filmowy syn Ben, który urwał się na jeden dzień z odwyku, by spędzić z rodziną święta. Od razu zaznaczam – fenomenalnie zagrane postacie.

Film dzieli się na dwie części. Pierwsza to badanie intencji Bena, testowanie jego wiarygodności, a jednocześnie budowanie głównych bohaterów i ich nastawienia względem siebie. Julia Roberts maluje się jako matka kochająca w sposób stanowczy. Cieszy się z powrotu syna, chce wierzyć w jego przemianę, a jednocześnie nieustannie go kontroluje i wchodzi w poważne rozmowy, mające na celu wybadanie terenu. Hedges zaś to wielka niewiadoma. Zostaje on poddany ocenie również nam, co zmusza do niemałego wysiłku intelektualnego. Jego pełna sprzeczności twarz to pokład wielu manipulatorskich zagrywek jak i szczerych uczuć względem bliskich. Z każdą minutą filmu otrzymujemy coraz to więcej odpowiedzi, ale żadna z nich nie jest pewnikiem. Przeznaczono tu więc dużo czasu na ustabilizowanie sytuacji i kiedy tak naprawdę widz nie wie, w jaką stronę może pójść dalej film, uraczony zostaje soczystym zwrotem akcji.

Zwrot akcji jest startem dla drugiej części dzieła, nastawionej na odkrywanie niewygodnej prawdy, ale i wewnętrznych rozterkach Bena. Charakter ogółu całkowicie się zmienia i przekształca w kino drogi. Takiego rodzaju odświeżenie formuły wychodzi dziełu starszego Hedgesa na dobre i złe. Akcja staje się intensywniejsza, ostrzejsza i bardziej bezpośrednia, jednakże nie unika wielu banałów i idiotycznych rozwiązań (za przykład posłuży schemat poszukiwania osoby: Julia Roberts myśli, że udało jej się odnaleźć syna, kamera też nam to sugeruje, a tu hop, okazuje się, iż to naćpany stary pierdziel). Pozwolę jednak wymazać sobie z pamięci te brzydkie zabiegi, bo all in all, akt drugi potrafi się obronić. Skupia się na konsekwencjach zewnętrznych obracania się w środowisku narkotykowym. Są tu miasteczkowe gangi, zboczony nauczyciel historii, martwa koleżanka, jej mściwy ojciec i nieustanne poszukiwania, wszystko utrzymane w barwach smutnawej szarości. Nie spodziewałem się tak wielu odważnych elementów zaimplementowanych w zwykłą historię o byłym ćpunie i zdeterminowanej matce. Pojawiają się tu chwile pełne poważnego napięcia, aktywnego montażu równoległego, no cholernie dziwnie to wszystko wybrzmiewa, ale nie powiem, żeby mi się to nie podobało.

Zakończenie jest dosyć przewidywalne i proste, ale w tej prostocie tkwi metoda. Podkreślona zostaje bliskość i moc matczynej miłości, jak i każdy zostaje rozliczony ze swoich win i działań. Rysuje się też mały paradoks tego filmu, polegający na tym, że liczba powielanych schematów równa jest liczbie świeżych rozwiązań. Trudno jest więc wydać jednoznaczny werdykt, ale po seansie wiele scen pozostaje w głowie widza, a to już duży plus.


Ocena: 6/10

 

 

 

 

 

image sources

  • .jpg: GeekTyrant
  • unnamed (1): Paradoks
  • BIB_11355-Mark-Schafer.JPG: Time Magazine
  • _DSC3273.ARW: Kino Pod Baranami

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *