Maria, królowa Szkotów. Ale co na to Szkoci? [RECENZJA]

Recenzja filmu Maria, królowa Szkotów.


O kinie kostiumowym mówi się już coraz rzadziej. Maria, królowa Szkotów jest jednak pozbawionym kompleksów reprezentantem gatunku, gdzie pierwsze skrzypce grają kobiety. Za całość odpowiedzialna jest reżyserka Josie Rourke, mogąca pochwalić się doświadczeniem w teatrze. I tak jak film nie staje się ofiarą teatralizacji, tak da się w nim dostrzec wiele elegancji i precyzji przy konstruowaniu całej czasoprzestrzeni wraz z poszczególnymi scenami.

Pod względem inscenizacyjnym nie można się do niczego przyczepić. Wierna scenografia i kostiumy, przepiękne górzyste krajobrazy pochmurnej Szkocji, chirurgicznie symetryczne ujęcia przedstawiające danych bohaterów na tle zamku bądź zamkowych komnat, a wszystko poparte rytmicznym montażem, niejednokrotnie zgrywającym się z fenomenalnym soundtrackiem skomponowanym przez geniusza w swoim fachu, Maxa Richtera (polecam również OST serialu Pozostawieni).

Oprócz audiowizualnych walorów całego świata przedstawionego, Rourke potrafiła wzbogacić go o postacie niebędące zwykłymi pionkami. Saoirse Ronan ma tu zdecydowanie najwięcej czasu ekranowego i bardzo wiarygodnie buduje bohaterkę Marii Stuart, królowej niedoświadczonej, naiwnej, ślepej, ale i stanowczej, szlachetnej, impulsywnej. To już nie mała dziewczynka, a prawdziwa aktorka, którą trzeba traktować poważnie. Co do Margot Robbie, to jest ona jak zwykle przewspaniała. Jej neurotyczne odruchy oraz zakompleksiona natura buduje postać nieprzewidywalną, niejednoznaczną, a koniec końców, trudną do oceny. Drugi plan też pokazuje pazur, zaczynając od leśnego dziada Davida Tennanta, głoszącego religijne farmazony, poprzez Guya Pearce’a, będącego „wujkiem dobrą radą”, aż do Jacka Lowdena, zachwycającego swoją nonszalancką, fałszywą naturą.

Kilka ostatnich zdań zapowiada ten film jako arcydzieło, ale daleko mu do tego tytułu, gdyż mocno w nim kuleje sama treść. Historia na początku działa na zasadzie równoległego przerzucania wątków z Marii na Elżbietę, stając się z czasem opowieścią nastawioną głównie na przeżycia tej pierwszej. Dużo w niej naiwności, zdarzeniowego ping-ponga oraz nieprzyjemnych regulacji tempa. Potrafi ona jednak trzymać przy ekranie dzięki silnym kreacjom, odświeżającymi formułę twistom rodem z Gry o tron, oraz bardzo oryginalnym tonem, wskazującym na ponury, niemalże pozbawiony nadziei przekaz.

Bo film ten opowiada o tym, że władza to pojęcie względne. Dla jednych ma ona jakieś znaczenie, dla drugich to tylko niepotrzebne ograniczenie, którego naturalnym następstwem jest bunt. Nie ma w tym otoczeniu wiarygodności i szczerości intencji, a chęć zmiany świata na lepsze to wizja co najmniej śmieszna. Ludzie działają tu tylko w swoim własnym interesie, często będąc nieczułym na konsekwencje ich decyzji. Anglia i Szkocja to miejsca, gdzie tytuły królewskie nie znaczą nic, bo każdy króluje nad swoim własnym losem. Szkoda jednak, że kontrola swojego życia wiąże się z często ze zniszczeniem życia drugiego człowieka.

Ocena: 6/10


 

image sources

  • mary-queen-of-scots-still-2018-1000×667: Movies Room
  • Mary+Queen+Of+Scots+2018+1: The Ace Black Blog

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *