O niemożności odzyskania chęci do działania ~ Laska Studencka #7

Jedni wchodzą na barykady, drudzy wchodzą na łóżka. Taką oto myśl usłyszałem ostatnio na uniwerku w przerwie pomiędzy przeglądaniem Faceboka, a wewnętrznym procesem cichej autodestrukcji. Nie da się ukryć, że te wszystkie stany zawiasów, zmieniające się następnie w (mikro)depresje, to problem jak najbardziej aktualny, niejako charakteryzujący XXI wiek. I tak jak  próby wydostania się z tej mentalnej pułapki często kończą się spektakularnym fiaskiem, tak aktualnie ta niestabilna sinusoida utrzymuje się w górze, dzięki czemu znalazłem siły na ożywienie tego malutkiego bloga. A żeby pozostać tematycznie w sferze chandry, opowiem dziś o filmach, które pomogły mi jakoś przebrnąć przez ten próżny okres i częściowo wpłynęły na decyzję o tym, by wziąć się w końcu w garść.

Początkowo na ratunek przybyła nasza Mateczka Rasija, choć biorąc pod uwagę datę powstania dzieła, to pomogli jej jeszcze przyszywani przyjaciele, gdyż Kilka dni z życia Obłomowa (reż. Nikita Michałkow) to dramat pochodzący z czasów ZSRR. Aby nie wyjść na kompletnego ignoranta, wspomnę o tym, że film nawiązuje swoją treścią do książki Iwana Gonczarowa o prostszym tytule Obłomow, ale nie czytałem tej powieści, więc zostawmy ją w spokoju. Skoro już zapoznaliśmy się z dźwięcznym nazwiskiem Obłomow, to warto byłoby poznać jego nosiciela trochę bliżej, bo jest to postać dosyć ikoniczna, jeżeli chodzi o iście rosyjski motyw „zbędnego człowieka”. Szczerze mówiąc, główny bohater jest żywym uosobieniem tego motywu – samotna jednostka, która nie potrafi, a nawet i nie chce wyjść ze swojej strefy komfortu, stale odrzucając perspektywę wejścia w dorosłość. Jedzonko i spanko to szczyt jego dziennych urozmaiceń, a dzięki nie najgorszej sytuacji finansowej i regularnej pomocy podstarzałego lokaja, może pozwalać sobie na taki styl życia. Jakimś cudem, przeszłość dała mu okazję do zdobycia przyjaciela o zupełnie przeciwstawnych cechach charakteru, dzięki czemu raz na jakiś czas, dokonywane są próby wyciągnięcia protagonisty ze stanu szkodliwego marazmu. W pewnym momencie na scenie pojawia się również kobieta, która staje się gwoździem do trumny jeżeli chodzi o spuentowanie beznadziei, jaka otacza Obłomowa. Okazja na szczerą miłość zostaje bezpowrotnie zmarnowana, a ciągłe niezdecydowanie prowadzi do naturalnej śmierci bohatera. To umysłowe lenistwo połączone z czczymi marzeniami znalazło swoje miejsce w słowniku pod nazwą obłomowszczyzna, stając się również obiektem wielu zaskakujących procesów identyfikacji na linii widz-postać. Było tak chociażby ze mną i cholera, naprawdę się przestraszyłem.

No dobra, już bardziej depresyjnie w tym pseudofelietonie nie będzie. Wręcz przeciwnie, w końcu pierwsze skrzypce zagrają pozytywne nastawienie i luz, a to za sprawą tak chillowego tytułu jak Wolny dzień Ferrisa Buellera (reż. John Hughes). Kultowa już komedia z jakże rzadkiego gatunku not-coming-of-age, przedstawiająca nam szalone perypetie trójki wagarowiczów. Oprócz udanych slapstickowych zagrywek w stylu „pies goni złego pana”, genialnego epizodu Charliego Sheena i po prostu ogromu energii, płynącej z tego dzieła, na oklaski zasługuje szczególnie kultura historii i sposób jej podania. Spośród schematów, przebija się dużo banalnych prawd, które brzmią zaskakująco motywująco, gdy wypowie się je na głos. Do tego dodajcie takie pojedyncze sceny, jak spontaniczna wizyta w galerii sztuki, miejska parada przy rytmach Twist & Shout czy prekursorskie odpowiedniki dzisiejszych memów, typu „Oh, Yeah” <tu wstaw niski głos czarnego aktora porno>. Czysta radość, biorąca się ze stuprocentowego wykorzystania każdej chwili i brak obaw przed przyszłością – Ferris Bueller podaje widzom pomocną dłoń i kopie ich w dupę w tym samym czasie.

Nie same pojedyncze tytuły pozwoliły mi na nieco mniej ponure postrzeganie świata. Swoje kilkanaście cegiełek dodał Wes Anderson, reżyser tak pewny w swoich poczynaniach i stylistyce, że czasem kompletnie się w niej zatraca, ale to w sumie dobrze, przynajmniej bije od niego autorska miłość oraz szczerość. Zacząć mogę od wizualnej uczty i hołdu dla kina niezobowiązującego, jakim jest Grand Budapest Hotel. Forma symetryzacji kadru wypycha z niego treść, która w ostatecznym rozrachunku nie jest tu tak bardzo potrzebna, co nie zmienia faktu, że jej obecność jest niepodważalna w każdym innym filmie Andersona. Czy to jego dopieszczone animacje poklatkowe (Wyspa psówFantastyczny Pan Lis), czy historia opowiedziana czynami wrażliwych dzieciaków (Kochankowie z Księżyca. Moonrise Kingdom), czy też obraz specyficznych rodzin, niekoniecznie związanych więzami krwi (Pociąg do Darjeeing, Podwodne życie ze Stevem Zissou, Genialny klan) – wszystko to zostaje potraktowane z ogromnym serduchem, gdzie pomimo wielu tragicznych postaci, całość dąży do często przesłodzonego (ale w mojej opinii potrzebnego) happy endu. Trudno nie zostać zarażonym tą szaleńczą falą radości i kolorów.

Tak w zasadzie wyglądało ostatnie półtora miesiąca, czyli cierpliwe poszukiwanie motywacji i ucieczki od tego, co bezlitośnie człowieka dobija. Chciałoby się rzecz, że misja zakończyła się powodzeniem, a sztuka filmowa po raz kolejny udowodniła, iż jest w stanie coś we mnie ruszyć. Wielka ulga, ale jeszcze większe wyzwanie, aby tylko brnąć z pozytywnym nastawieniem co raz to dalej. Mam nadzieję, że z czasem na bloga powróci regularność, a stany emocjonalnych zapaści miną. Albo niech von Trier je zabierze od wszystkich ludzi i przeleje na kolejny popieprzony film. To też jakaś opcja.

 

image sources

  • ferris_bueller_still7: Smithsonian Magazine
  • 140213-hines-wes-anderson-tease_sexggx: The Daily Beast
  • kadr-z-filmu-61691: Alltop10

1 thought on “O niemożności odzyskania chęci do działania ~ Laska Studencka #7

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *