Homo niewiadomo. Kim jesteś i dlaczego nie świecisz tęczą? ~ Laska Studencka #5

Tak. Kino stara się mówić o rzeczach ważnych. Ważnych w oczach całego świata, danych mniejszości czy jednostki. Rzeczy te przejawiają się poprzez konkretne zjawiska, zachowania, odejścia od normy, bądź nowych tych norm ustalenia. Punktem wspólnym wszystkiego, o czym mówię, jest człowiek. To on zawsze stoi w centrum filmowych rozważań, gdzieś pomiędzy rolą ofiary, świadka i sprawcy. Często więc, chcąc przemówić do odbiorcy, reżyser prowokuje go sprawdzonymi zabiegami. Są to wszelkiego rodzaju hiperbolizacje, podkreślniki oraz zakamuflowane łopaty. Do wyjątków nie należy temat homoseksualizmu, który pomimo tego, że coraz częściej znajduje subtelniejsze środki przekazu treści, nadal ma problemy z dotarciem do rozumu widza niedzielnego. Z wyjątkiem pewnego specjalnego tytułu. Ale o nim później.

Zacząć chcę od ważnego założenia. Świat jest nadal pełen uprzedzeń i ignorancji, ale coraz bardziej potrafi rozmawiać o swoich słabościach. Do tematów poruszanych najczęściej przy rodzinnym stole (oprócz wiary, polityki i planach na życie) należy również seksualność. Dyskusje takie kończą się zwykle nieuniknionym sporem, polegającym głównie na niezrozumieniu drugiego rozmówcy. Nie powinno więc nikogo dziwić to, że kino próbuje człowieka w tych rejonach uświadamiać.

Same początki wchodzenia do ludzkiego rozumu i świadomości nie mogły być bezpośrednie. Pewne motywy były ukrywane albo nieświadomie przekazywane poprzez wieloznaczne symbole czy przenośnie. Widzowie, bawiąc się otrzymanymi metaforami, dochodzili do przeróżnych wniosków. Za przykład posłużyć może bezbronna wizja dwóch różnych światów w Czarnoksiężniku z krainy Oz (1939). Jeden z nich to pokryty sepią świat codzienności, a drugi pełen jest cukierkowych kolorów, dziecięcej fantazji i beztroski. Do historii przeszła już scena, w której przeurocza Judy Garland śpiewa Somewhere Over The Rainbow, a piesek zaczepią ja swoją łapą. Utwór ten oddaje młodzieńczą chęć do odkrycia tego, co nieznane, lecz idealne. Staje się też hymnem środowiska LGBT, a całość musicalu nabiera zupełnie innych barw i znaczeń. Każdy rozumie więc film na swój sposób, nikomu nie dzieje się krzywda, wszyscy są szczęśliwi.

Problem zaczyna narastać wtedy, gdy twórcy filmowi przestają się patyczkować i podchodzą do tematu wprost, a jednocześnie wytłuszczają pewne elementy. I od razu zaznaczam, że nie mam z tym problemu. O takich rzeczach powinno się mówić, czasem głośniej, czasem trochę ciszej. Chodzi mi jedynie o to, że przez takie ruchy, film może stracić na uniwersalności odbioru i zróżnicowaniu liczby odbiorców. Nie zdziwię się, jeśli kompletnie mnie nie rozumiecie, dlatego posłużę się bardzo wyraźnym przykładem. Xavier Dolan. Kiedyś niezbyt pewny siebie chłopiec, który wszedł do kina, cicho zaznaczając, że ma coś do powiedzenia. Dzisiaj dojrzały, kochający samego siebie twórca o jasno określonym kierunku i stylu, pełnym ekscesów poróżniających widownię.  Motyw miłości, samoakceptacji, wiary w siebie i wyrwania się z dna towarzyszy jego filmom na każdym kroku wraz z motywami LGBT. Dzieła takie jak Tom, Wyśnione miłości czy Na zawsze Laurence charakteryzują się starannością wykonania, bogactwem formy jak i treści. Nie jest jednak ona w stanie dotrzeć do ludzi, którzy zjawiska homoseksualizmu nie potrafią zrozumieć. Co więcej, jest to dla nich nie lada pożywka i pewien rodzaj utwierdzenia się w swoich przekonaniach. Widzą bowiem osoby ekscentryczne, manieryczne, inne od nich. Nie będą w stanie się z tym pogodzić, bo przywykli do pewnych zasad.

No dobra, panie blogerze, ale na upartego to można powiedzieć, że jak ktoś jest homofobem, albo po prostu nie lubi się na gejów patrzeć, to nie można go przekonać do zmiany swoich poglądów, nie da się go utrzymać dłużej przy ekranie. No cóż, to prawda, większość ludzi uprzedzonych, zostanie nienaruszona jak stal, ale są też ludzie, którzy nie wiedzą, co o tym myśleć, bądź też się wahają. I tu do akcji wkraczają filmy, które potrafią przemycić temat w sposób jasny, działający i w miarę przyjazny. Oto ich szybkie przedstawienie.


Samotny mężczyzna [reż. Tom Ford]

Dlaczego? Bo to dzieło, które pokazuje człowieka desperacko poszukującego sensu. Ociera się on o wiele złych, bezcelowych myśli. Spotyka się z kobietą, będącą uosobieniem niezbędnej pomocy i wsparcia. Ta z kolei też nie jest w idealnym stanie psychicznym. Jako profesor, satysfakcjonuje większość studentów szczerością swoich wykładów, a w końcu odkrywa się przed jednym z nich, znajdując to, czego potrzebował. Następnie ląduje w wodzie, potem przy kominku i w końcu zdaje sobie sprawę z prawdziwej wartości życia. Kto może się z nim utożsamić? Każdy.

 

Tamte dni, tamte noce [reż. Luca Guadagnino]

Dlaczego? Bo widzimy nastolatka pełnego sprzeczności i niepewności. Sam próbuje zrozumieć, kim tak naprawdę jest i czego potrzebuje. Spędza czas z rodziną, samym sobą, pięknymi kobietami i brzoskwinią. Nie są oni jednak w stanie zapełnić pustki, którą główny bohater nadal czuje. Wraz z upływem filmu, widz zaczyna rozumieć, co tak naprawdę liczy się dla Elio, co jest tym brakującym elementem. Relacja, na której Guadagnino buduje znaczenie całości, zaczyna nabierać sensu, a my jesteśmy w stanie w nią uwierzyć. A czy każdy może w nią uwierzyć? Jak najbardziej. Chyba, że uciekł z kina na scenie z brzoskwinką.

 

Moonlight [reż. Barry Jenkins]

Dlaczego? Bo widzimy pewien proces bogaty w przyczyny i skutki. W ciągu dwóch filmowych godzin dorastamy wraz z bohaterem, zauważając jego najważniejsze cechy charakteru, tak bardzo niezmienne przez cały seans. I ja wiem, że czarnoskóry homoseksualista to może być niestety za dużo dla tego świata, ale będąc z nim przez cały czas, po prostu go rozumiemy. Nie ma w nim nic dziwnego, nienaturalnego, nieuzasadnionego. Jest tylko nieśmiałość, samotność i ciągła podróż po swoim własnym „ja”. Czy ty też ujrzysz tu prawdziwość? Jasne, musisz tylko dokładnie wszystko obserwować.


I to są tytuły, których nie trzeba się bać, ale należy do nich podejść z odpowiednim nastawieniem, z pewnym zapasem otwartości. Jeśli jednak nadal czujesz niechęć i brak gotowości, to jest pewien film, który może nie należy do tych bezbłędnych, ale bezbłędnie pokazuje naturalność tego zjawiska. I nie próbuje nawet jej udowadniać, bo wybrzmiewa ona sama z siebie.


Tajemnica Brokeback Mountain [reż. Ang Lee] 

Klimat lekkiego antywesternu, struktura melodramatu. Dwójka mężczyzn zatrudnionych przez wąsatego grubasa ma zająć się owcami. Obu zachowuje się całkowicie normalnie, wywiązuje się ze swojej pracy, potrafi ze sobą porozmawiać, zjeść fasolę, popić whiskey i pogadać o przeszłości. Co prawda, dochodzi tu do gry paru spojrzeń i gestów, ale samo zbliżenie, które ma nadejść jest dosyć nieprzewidywalne, ale jak się mu bliżej przyjrzeć, całkowicie ludzkie i piękne. Brak nachalności przy ukazaniu całego zajścia sprawia, że tym bohaterom kibicujemy. Jeden z nich gada za dużo, drugi z nich gada za mało, ale razem rozumieją się doskonale. Wszystko zostaje jednak między nimi a Brokeback Mountain. Kolejne kilkanaście lat życia weryfikuje szczerość każdej minuty spędzonej w swoim towarzystwie i pokazuje coś, co już każdy ze śmiałością nazwie prawdziwą miłością.

Przepraszam za ten rym.


I tak to już jest z tą tolerancją. Raz jest, a raz jej nie ma. Jestem jednak pewien, że można jej się w jakiś sposób szczerze wyuczyć. Kto wie, czy właśnie nie jednym z tych sposobów jest obcowanie ze sztuką, nie tylko kinem. Jeżeli jesteśmy bowiem otwarci na sztukę, to przekroczyliśmy już pewną barierę i nic nie stoi nam na drodze, by przekroczyć tych barier więcej, i więcej, i więcej…

image sources

  • zlBktkpTURBXy9mODc2MjM2ZGU0MDNmY2U0ZDc1ZjJhNzc4ZWMzYmVjNy5qcGeSlQMAzIPNBR7NAuGTBc0DFM0BvA: Onet Kultura
  • a-single-man-2: Movies OVER The Rainbow
  • maxresdefault-2: Variety
  • moviereview_moonlight_110316_image4: NewNowNext
  • Heath_Ledger_Jake_Gyllenhall_Brokeback_Mountain: Maternity Week

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *