Faworyta. Ale na pewno nie faworyt. [RECENZJA]

Recenzja filmu Faworyta, reż. Yorgos Lanthimos


Yorgos Lanthimos to człowiek o silnym i konkretnym stylu. Gdy oglądałem Lobstera, arcydziwny świat przedstawiony nie wystraszył mnie swoim kształtem, a jego szalona mitologia wywołała nieoczekiwaną fascynację. Czekałem więc na Faworytę, wierząc w to, że osadzenie autorskich pomysłów w konkretnej epoce i grupie społecznej przyniesie jeszcze intensywniejsze rezultaty. W gruncie rzeczy liczyłem na coś w stylu Niebezpiecznych związków, tylko z autorskim, charakterystycznym pociągnięciem. I dostałem tego, czego chciałem. Ale wydaje mi się, że aż za bardzo.

Faworyta to historia dwóch dam walczących o względy królowej. Z jednej strony mamy do czynienia ze światem pełnym intryg, złośliwości i zdrad, a z drugiej konsekwentną wspinaczkę na sam szczyt życiowego (dys)komfortu.  Soczysty język, kąśliwe dialogi, otwarte działania i stos kłamstw to rzeczy, które trzymają przy ekranie. Oprócz nich dochodzi jeszcze do czysto pokręconych reżyserskich zagrywek, takich jak manieryczne ruchy postaci, groteskowe rozwiązania sytuacji, czy multum królików (chyba, że to zające, nie wiem, nie znam się). Pierwsza część filmu to istny misz masz wszystkich wyżej wymienionych sytuacji, która daje dużo radości, bo lubimy patrzeć jak inteligentni ludzie się wzajemnie przekomarzają.

Gorzej jest z drugą połową filmu z naciskiem na ostatnie dwa akty. W pewnym momencie sytuacja zaczyna się wyraźnie klarować przez co brakuje pikanterii i pomysłów. Przez cały czas maglowane są wcześniejsze motywy, a im bliżej zakończenia, tym więcej rozczarowującego banału połączonego z pójściem na łatwiznę. Rozumiem, że miało to w jakiś sposób podsumować sylwetki poznanych postaci, ale odnoszę wrażenie, że można to było zrobić dużo, dużo lepiej.

Każdą scenę ratują jednak trzy panie odpowiedzialne za role główne w całym tym groteskowym spektaklu. Emma Stone znalazła chyba postać dla siebie, w stu procentach wykorzystując swoją przepięknie chytrą twarz, bawiąc się minami, gestami i urodą. Przechodzi największą metamorfozę, spowodowaną serią spisków, ale nie irytuje swoim zachowanie. Olivia Colman (zasłużony Oscar btw.) perfekcyjnie oddaje zmiany nastrojów, wywołując raz sympatię, raz przerażenie, a czasem i pogardę. Niezależnie od chwili, jej postać zbudowana została tak, że potrafi wywołać współczucie, a jej chowane emocje czasem wychodzą zza kurtyny. Moją „faworytą” jest jednak Rachel Weisz, która wydaje się być najzimniejsza i najbardziej wyrachowana ze wszystkich pań. Pod wieloma grubymi warstwami asekuracji chowa jednak wiele szczerych uczuć i życiowej mądrości, dając się niestety ponieść nieczystemu starciu ze swoją kuzynką.

Pod względem realizacyjnym Lanthimos rozbił bank. Inscenizacyjnie wymiata tu dosłownie wszystko, podkreślając przepych, ale i nieoczywistą samotność (świadczy o tym wiele pustych, dużych przestrzeni). Kostiumy są w pozytywny sposób przeładowane wszystkim, od komicznych peruk do porozciąganych sukni. Zdjęcia pomagają postaciom poprawnie wybrzmieć, a delikatny montaż kontroluje płynne tempo fabuły.

Nie ukryję lekkiego rozczarowania tym filmem. Obserwując pieczołowitość wykonania, trudno jest mi pogodzić się z pobieżnym potraktowaniem zakończenia. Gdy już jednak zagryzie się zęby, zobaczy się dzieło kreatywne i lanthimosowsko pokręcone. Satyra wybrzmiewa tutaj poprawnie, a nieco bardziej przyziemne wartości (no wiecie, zaczynają się na M, a kończą na -IŁOŚĆ) również znajdują tu dla siebie miejsce. Pozostaje mi pogodzić się z końcowym efektem dzieła i czekać na więcej, bo jestem pewien, że ten lekko autystyczny Grek zaserwuje nam kiedyś twór godny nazwania prawdziwym arcydziełem.


Ocena: 7/10

image sources

  • 2: imdb
  • 1: ExuMag

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *