Dom, który zbudował Jack. Zamieszanie, które stworzył Lars von Trier. [RECENZJA]

Pół dekady minęło od czasu, kiedy Lars von Trier wypuścił do kin swoje ostatnie dziecko. Swoją aparycją i angielszczyzną sprawił, że część osób postawiła na nim krzyżyk, zaznaczając, że jest to twórca skończony. Co musiał czuć Duńczyk przez te kilka lat? Jakie myśli kotłowały się w jego głowie? Dom, który zbudował Jack jest czymś na wzór odpowiedzi, zawierającej w sobie tony emocji, myśli, ironii i bezpardonowości.

Dom, który zbudował Jack to film przedstawiający pięć „incydentów” z życia inżyniera – samozwańczego architekta. Cierpi on na nerwicę natręctw, a jego skrytym hobby jest mordowanie wybranych nieszczęśliwców w celach artystycznych. Akty zabójstw oddzielane są pauzą w postaci ciętego, filozoficznego dialogu głównego bohatera z tajemniczym mężczyzną o imieniu Verge. Rozmowa ta ma również charakter narracyjny, a sama staje się w pewnym momencie uzupełnieniem całej historii.

Trudno jednoznacznie określić ten film gatunkowo. Nie nazwę go dramatem, bo zostałbym przez reżysera głośno wyśmiany. A choć śmiałem się w kinie naprawdę sporo (jako jeden z nielicznych, cała sala po prostu milczała z niedowierzania), to określenie całości komedią byłoby lekką przesadą. Egzystencjalny, acz samoświadomy bełkot, oraz czarny humor są tu dla siebie wzajemnym podparciem, tworząc wspólnie twór co najmniej dziwny. Ale czego innego mogłem się spodziewać po niestabilnym, sześćdziesięcioletnim uosobieniu wszystkiego, czym nie jest prawdziwy wiking.

Von Trier bawi się swym materiałem wyjściowym, jak piaskownicą pełną zębatych pułapek i niewystrzelonych dział. Idealnym obiektem eksperymentalnym okazuje się być protagonista Jack. Jego postać jest cierpliwie budowana z sekwencji na sekwencję, przez co zmiany w charakterze i nastawieniu są mocno zauważalne. Od zanudzonego życiem mężczyzny mordującego pod wpływem mocnej irytacji, do prawdziwego fachowca i psychopaty testującego coraz to kreatywniejsze sposoby na dobicie swoich ofiar. Na odpowiedzi do pytań typu „Dlaczego on to robi?” nie trzeba długo czekać, gdyż są nam one na bieżąco dostarczane. Motywy okazują się być jak zwykle ukryte pod prywatną zasłoną ideologii i osobistych przekonań. Należy pochwalić Matta Dillona za udźwignięcie tej roli i poradzenie sobie z takimi zadaniami, jak wchodzenie w fałszywe tożsamości czy ogarnięcie odruchów kojarzących się z OCD.

Drugi plan nie wygląda już tak intensywnie. Zostaje on potraktowany pobieżnie, ale właśnie tak powinno być, bo wypełniają go głównie ofiary. Przez ekran przewijają się takie nazwiska jak Uma Thurman, Riley Keough, czy Bruno Ganz i radzą sobie co najmniej dobrze. Na szczególną pochwałę zasługuje ten ostatni Pan, który bardzo celnie ripostuje głównego bohatera i tworzy krzyżówkę zdziadziałego anioła stróża z Charonem.

Forma jest tu równie nieprzewidywalna, co zaskakująco sympatyczna. Nie jest to może szalona audiowizualna jazda, ale z całą pewnością zabiegi stylistyczne uprzyjemniają tę groteskową podróż. Sceny mordu często urozmaicane są powykręcanym w różne strony montażem, a nieraz bawimy się w zmiany perspektywy na płaszczyznach Jack-świadek-ofiara. Gdy akcja przybierze już bardzo nieprzyjemny obraz, twórcy ratują widza małym uspokojeniem w postaci tematycznego pokazu slajdów  i fragmentów przeróżnych filmów. Wizualną perłą jest z pewnością epilog filmu, któremu dzielnie przewodzi mrok, Pola Elizejskie i Eugene Delacroix.

Oprócz zabawy stylem, von Trier nie zapomina powiedzieć parę słów od siebie. Nie są to może rewolucyjne prawdy, ale widać, że mówi o wszystkim w sposób luźny, szczery, niezobowiązujący. Ironia, lekkie zmęczenie oraz chęć wyzwolenia się z okowów kilkuletniego milczenia dają o sobie znać, ale nie zaburzają tych paru linijek podsumowujących człowieka jako istoty żałosnej, zagubionej, poszukującej i upartej. Odwołań do religii również tu nie brakuje, a część wierzeń jest ze sobą zgrabnie i nieobraźliwie mieszana.

W pewnym momencie pojawią się  napisy końcowe. I tyle. Obyło się bez wielu sensacji. Film wzbudził we mnie przede wszystkim dużo uśmiechu, bo nie da się na niego patrzeć inaczej, aniżeli z przymrużonym okiem. Znaczy, da się, ale można się wtedy od niego odbić, bądź całkowicie go znielubić. Dom, który zbudował Jack to von Trier, który zbudował wokół siebie dużo zamieszania. Pół Cannes opuszcza salę, ludzie krzyczą o wygranej zła nad dobrem, a część brzydzi się portfelem zszytym z piersi. Sztuka (w tym kino) to strefa, w której zasady wytyczają nieliczni, a granice łatwo można zatrzeć. Liczy się chęć zabrania głosu i przedstawienia swojej wizji w sposób przyswajalny dla zmysłów. Najprościej rzecz ujmując, to po prostu świetnie się ogląda.


Ocena: 7/10

 

 

 

image sources

  • 380083d19d9e881bb142a3b13f87.1000: Program TV
  • 5c4266f3aeb15_o,size,1068×623,q,71,h,fe01f4: Kurier Poranny
  • THTJB-review-825: Kalejdoskop Wrocław
  • the_house_that_jack_built_-_fra_nett: tiff

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *