Człowiek, który zabił Hitlera, a potem Wielką Stopę [RECENZJA]

Recenzja filmu The Man Who Killed Hitler and Then The Bigfoot, [reż. Robert Krzykowski]


Wyobraźcie sobie, że Hitler został zamordowany przez zwykłego żołnierza, ale nie dało to prawie nic, bo istniało jeszcze kilkoro innych Hitlerów, sprawujących władzę nad niemieckim narodem. Skuteczny zamach na jednego z nich przeszedł jednak do historii jako dzieło legendarne, o którym jednak głośno się nie mówi. Głównym bohaterem recenzowanego filmu jest właśnie weteran wojenny odpowiedzialny za zabójstwo Führera. I bynajmniej nie mamy tu do czynienia z jakimś tytułem klasy B. Owszem, dzieło to miejscami porusza się po campowych terenach, ale głównie jawi się jako oryginalny reprezentant kina niezależnego.

Fabularnie mamy tu do czynienia z podziałem na wydarzenia aktualne i wstawki z przeszłości. Teraźniejszość ukazuje nam głównego bohatera jako człowieka zmarnowanego i zmęczonego życiem. Mieszka sam w wielkim domu, a u jego boku stoi tylko tylko ułożony pies. Wolny czas spędza na piciu alkoholu w lokalnym barze, spacerach z lojalnym pupilem i spotkaniach z młodszym bratem. Stara się zostawić za sobą szalone doświadczenia, ale te nie dają o sobie zapomnieć. Retrospekcje pojawiają się regularnie i opowiadają o przeżyciach protagonisty z czasów II wojny światowej – nie tylko w wojsku, ale i przed poborem, kiedy spędzał czas z miłością swojego życia.

Przez pewien czas naprzemiennie karmieni jesteśmy tymi dwoma liniami czasowymi, które wzajemnie się uzupełniają. Obie płyną w zaskakująco wolnym, ale przyjemnym tempie. Postacie poruszają się w sposób delikatny, czasem ukazane są jako statyczne figury na równie statycznym tle. Spokojny ton nie współgra z moimi predykcjami dotyczącymi charakteru dzieła, ale działa on naprawdę dobrze jako obraz eufemizujący zjawisko wojny. Zmienia się on wraz ze zmianą priorytetów, do której dochodzi w środku filmu, a mianowicie zleceniu na Wielką Stopę.

Od tego momentu wszystko diametralnie przyspiesza, a mindset głównego bohatera ulega reorganizacji. Rozprawienie się z legendarnym monstrum staje się czymś  w rodzaju rozliczenia z przeszłością. Tytułowy Bigfoot przypomina małpy z Odysei Kosmicznej Kubricka, a walka z nim uaktywnia niezrozumiałe dla mnie pokłady emocji. Każdy cios, strzał czy zadrapanie boli jak i stresuje, co spowodowane jest wylaniem głęboko ukrytych problemów i doświadczeń protagonisty.

Wiele scen jest naprawdę dziwnych i niecodziennych, ale większość z nich odhacza kluczowe elementy egzystencjalnego dramatu jednostki w sposób jak najbardziej poprawny. Relacje między wszystkimi postaciami są zrozumiale nakreślone, a obraz świata dołuje, przytłacza, odosabnia. W przedstawioną historię można się łatwo wczuć, akceptując przy tym jej nieco groteskowe kształty.

Konstrukcja filmu wydaje się być niestabilna, fragmentami rwana, kiedy w rzeczywistości została dokładnie przemyślana. Całe dzieło to studium prostego człowieka, który działał wbrew swoim ideałom i podjął parę błędnych decyzji, przez co znajduje się w pozycji nie do końca pożądanej. Jest w nim dużo żalu, smutku oraz powoli ustępującej złości. Sam Eliott idealnie oddał charakter głównego bohatera, pomogły mu w tym również imponujące dialogi wychodzące od szczegółu do ogółu. Wszystko to zostało ubrane w trochę dziwaczne, może nawet surrealne ramy, ale dzięki nim The Man Who Killed Hitler […] jest dziełem unikalnym, a Robert Krzykowski śmiało może się podpisać  imieniem i nazwiskiem w rubryce : „Autor z krwi i kości.”


Ocena: 7/10

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *