Ból tyłka przelany na słowa, czyli bitwa o Winterfell okiem zawiedzionego fana.

Osiem jebanych lat. Tyle wspaniałych zagrywek i przetasowań, tyle genialnie rozpisanych bohaterów jak i pozostałych elementów świata przedstawionego. Intrygi prowadzące do przedwczesnych śmierci i gwałtownych ruchów na szachownicy. Nieustanne budowanie zagrożenia ze strony Nocnego Króla, do zwalczenia którego zjednoczyć mieli się wszyscy żywi. Tytułowy „tron” miał zostać zepchnięty na dalszy plan, bowiem ludzkie potyczki były niczym w obliczu chodzącej śmierci. Winterfell wydawało się jedynie przystankiem w drodze do kompletnego zrujnowania całych Siedmiu Królestw. Przystankiem okazał się być sam Nocny Król, a radosny autobusik z napisem „Game of fucking thrones” jedzie dalej. I nie wiem, jak wy, ale ja nie zapłacę za kolejny bilet miesięczny.

Oglądaj sercem, a nie rozumem. Taki apel ze strony fanów do fanów powinien być jasnym sygnałem, że nie wszystko na półmetku finałowego sezonu gra pod względem logicznym. Niestety, ale błędy logiczne, wpływają tu znacząco na stan fabularnej dramaturgii. Trudno też zaangażować w trzeci odcinek całe swoje serducho, jeśli nie widać go od strony twórców. Bo czy sercem można nazwać wizualne skąpstwo, szereg tanich zagrywek i całkowitą rezygnację z nieprzewidywalności przywdzianej lata temu konwencji?  No chyba nie, bo istnieje różnica pomiędzy okazywaniem serducha, a bezczelnym operowaniem na sprawdzonym terenie, popartym rzygogennym fanserwisem. Przejdę jednak do konkretów, krok po kroku, wydarzenie po wydarzeniu, grzech po grzechu…

Pompatyczne otwarcie. Naprawdę dobrze nastroiło mnie ono na resztę odcinka, a widząc jego długość byłem pewien, że powolne tempo nie przeszkodzi w odbiorze reszty treści. Potem kamera zaczęła wędrować po polu bitwy i nastała ciemność. A ja zacząłem bawić się ekranem i ustawiać go pod różnymi kątami, aby tylko sprawdzić czy to nie wina mojego psotliwego laptopa. Ale nie, bowiem na planie magicznie zjawiła się Melisandre, która przyniosła ogień olimpijski i zaserwowała Dothrakom świecące zabawki. Potem wdzięcznym krokiem powędrowała za bramę, ale jej przybycie od strony wroga do teraz mnie zastanawia. Trzeba mieć nie lada talent, aby niezauważenie przejść pomiędzy dwoma liniami, jeszcze nierozpalonego, ognia.

Bezsensowny start. Czyli Dothrakowie, którzy podekscytowani swoimi zenchantowanymi sierpami, stali się mięsem armatnim. Ich cały kawaleryjski oddział z Jorahem na czele odważnie sprawdził, czy za ciemnością PRZYPADKIEM nie ma wroga. Ten jakże wyśmienity pomysł zakończył się szybkim odwrotem i stratą części wojska już na samym starcie, no ale cóż, przynajmniej dowiedziano się, że ich jedynym przeciwnikiem nie jest własna głupota.

Pierwsza fala. Pierwsze upadki, wspólnie przelana krew i okazja do całkowitego oczopląsu, bowiem chaotyczność walki jest tu niepodważalna. Ale to dobrze, trudno jest się przecież odnaleźć w hordzie bijących się ze sobą pionków. Trochę wyższe figury, typu Brienne czy Sam, zostały szybko stratowane i równie szybko uratowane, bowiem trzeba było pokazać, że zagrożenie rzeczywiście istnieje, ale nie na takim poziomie, na jakim byśmy się spodziewali. Dlatego też odstrzelony, jako pierwszy, został Edd Cierpiętnik. Przepraszam Edd, ale #nikogo

Dalsza część jatki była naprawdę fajnie rozegrana – zarówno akcje z rozpaleniem barykad jak i ultraszybką wspinaczką na mury. Każda z postaci  otrzymała troszkę choreograficznych wyzwań i chwil dzielnej popisówy, co dobrze się obserwowało. Gorzej prezentuje się to, co robili poza murami Jon z Dany. Smoki miały już w tym sezonie parę przedziwnych chwil – chociażby te romantyczne wycieczki, krajobrazami przypominające Harry’ego Pottera i Czarę Ognia. Tutaj po prostu latają w mroźnych przestrzeniach, gdzie nie widać absolutnie nic, ostrzeliwują co jakiś czas zastępy nieumarłych i momentalnie się gubią. Czekałem na to, aż Jon krzyknie: „Dany” i razem stawią czoło Nocnemu Królowi – ten jednak był zajęty odgarnianiem ptaków, które nasłał na niego znudzony Bran. Smoki, koniec końców, zaczęły się naparzać, ale naprawdę nie jestem w stanie przyznać, że było to satysfakcjonujące starcie. Bałagan, nijakość i trudności w rozpoznaniu każdego z przerośniętych gadów. Ich rola kilkukrotnie sprowadziła się do wyrównania szans na polu bitwy. I tyle. Deus ex machina pełną gębą.

Viserion. To o tym smoku chciałbym najbardziej pomówić, bo gorzej wykorzystany zostać nie mógł. Dosłownie raz mocno dmuchnął na ściany Winterfell, powodując tym jakiekolwiek szkody. Poza tym próżno szukać realnego zagrożenia z jego strony. Przepraszam bardzo, ale większość swojego czasu ekranowego poświęcił na próbie morderstwa Jona, który irytował go nieustannym ukrywaniem się za przeszkodami. A to, co robił Jon, jest równie dziwne, a przypominało mi to sytuację z typowego FPS-a, w którym to jesteś w środku walki za jedną ze ścian, co chwilę się wychylasz, nie oddajesz żadnego strzału w stronę sztucznej inteligencji, a jedynie czekasz, aż ona otworzy ogień, abyś mógł znowu się schować. Z tym, że Jon w końcu uznał, iż nie ma żadnych szans i wychylił swoją głowę, czekając na… sam nie wiem, co. Chyba, że jakimś cudem przeczytał wcześniej scenariusz i wiedział, że smok po prostu rozsypie się na kawałki. Świeżo upieczony Targaryen przez cały odcinek był bezużyteczny, taki typowy bohater gry komputerowej, sterowany przez gracza, który pierwszy raz dotknął klawiatury.

Zombiaki wbijają do środka. Od tego momentu zaczyna się psuć coraz więcej rzeczy. Bohaterowie w większości zostają wyizolowani i samotnie, bądź w małej grupie, stawiają czoła masie pomagierów Nocnego Króla. Samwell jakimś cudem nadal żyje i bierze na klatę wszystko, co nieżywe, Brienne, Jaime i Podrick przyparci do muru odpierają przez kilkadziesiąt dobrych minut wszystko, co nieżywe, a Lyanna Mormont sama staje się nieżywa, zabijając przy tym nieżywego olbrzyma, który nie potrafi złapać dziecka swoją wielką łapą tak, aby uniemożliwić mu jakiekolwiek ruchy ciała. Arya zaś znajduje się w ciemnych komnatach i odpala tryb skradania, a dźwięki walki z zewnątrz praktycznie nie dochodzą do środka. Scena, w której to próbuje wydostać się z biblioteki należy do jednych z najlepszych momentów Aryi w całym serialu, ale potem zostaje całkowicie przyćmiona przez sami wiecie, co. Gdy sytuacja wymyka się spod kontroli, Sandor Clegane i Beric Dondarrion przybywają z pomocą, a ten drugi ginie najbardziej przeciągniętą śmiercią w całym serialu. Zostaje ugodzony każdym ostrym elementem ciała i uzbrojenia nieumarłych i to z kilkanaście razy. Kilkukrotnie każe pozostałym bohaterom uciekać, a gdy w pewnym momencie przybiera pozę krzyża, opierając się o dwie ściany, jego czas nadal nie nadchodzi. Udaje mu się kulawym krokiem przedostać do bezpiecznej strefy tuż za drzwiami, aby tam spokojnie usiąść, umrzeć na miejscu i aktywować prorocze pierdolenie Melisandre. Super. A tuż po tym Arya dostaje questa na Nocnego Króla, co prowadzi do atrakcyjnej audiowizualnie, ale bolesnej scenariuszowo sekwencji montażowej, której towarzyszy przynajmniej jak zwykle genialny Ramin Djawadi.

Krypta. Tam właśnie, zgodnie z przewidywaniami, wstali nieumarli. Rzeź na ekranie została ograniczona do minimum, bo do paru losowych twarzy. Tyrion, Sansa, Varys – oni wszyscy zdołali ukryć się w tej dosyć małej przestrzeni i wyjść z całej sytuacji bez szwanku. W obliczu zagrożenia, doszło nawet do zbliżenia byłych małżonków, czego się nie spodziewałem, ale szczerze mówiąc, nie wiem, czy mi to pasuje. Wzięło się to trochę znikąd. Same wygodne rozwiązania, mało szaleństwa i krwi. A byli to w końcu bezbronni ludzie.

Te ostatnie minuty, które przelały szalę goryczy. Pamiętacie o Samie? Teraz leży na trupach i płacze, nie przejmując się trwającą bitwą. Pamiętacie Brienne, Jaime’go i Podricka? Nadal żyją. Co dzieje się z Daenerys? Zostawiona sama sobie poza murami Winterfell zostaje uratowana przez nikogo innego, jak Joraha i uwaga, WSPÓLNIE, odpierają całe zastępy zła. Dany bierze miecz do ręki i kończy całą napierdalankę bez żadnego draśnięcia. Nie przypominam sobie, aby tak dobrze radziła sobie z orężem. Mormont dostaje za to ładną scenę śmierci, w której przyjmuje wszystkie ciosy na siebie, a potem umiera w rękach swojej jedynej. Dobrze, że nie zdążył powiedzieć „Kocham Cię, królowo”, bo inaczej scena nie wybrzmiałaby tak dobrze. Ale przypominam: Daenerys pozostała nietknięta. Przenieśmy się teraz do bożego gaju, gdzie clownfiesta sięga zenitu. Bran po całym odcinku siedzenia w jednym miejscu zostaje otoczony przez bandę nieumarłych, a obok siebie ma tylko Theona. Greyjoy mógł zginąć w walce, a waga jego poświęcenia byłaby niepodważalna. Twórcy musieli jednak podkreślić tragizm tej postaci i musiał on usłyszeć słowa „jesteś dobrym człowiekiem”, aby z satysfakcją udać się na pewną śmierć. Bo tym właśnie jest jego desperacka szarża w slow motion – pewną śmiercią. Podobną scenę widzieliśmy w poprzednim sezonie za sprawą natarcia Jaime’ego na Dany, ale tam było to o wiele lepiej wygrane.

A teraz pora na creme de la creme całego epizodu, jakim jest pojawienie się z dupy Aryi i najprostszy sposób na mord Nocnego Króla, jaki tylko mógł być brany pod uwagę. Skok, sztylet, brzuch, śmierć – a efekt końcowy podobny do tego po pstryknięciu palcami przez Thanosa. Po raz kolejny w tym odcinku nieumarli udowadniają, że nie potrafią porządnie trzymać cudzego ciała. Wszystkie żywe trupy znikają na dobre, każda ważniejsza postać pozostaje bez większych ran, a Melisandre po raz kolejny straszy widzów swoim starym cielskiem, popełniając przedziwne samobójstwo.

To, na jaką łatwiznę poszli twórcy GoT, woła o pomstę do nieba. Ilość niekonwencjonalnych rozwiązań fabularnych w tym epizodzie jest równa zeru, a ładunek emocjonalny, jaki towarzyszył mi aż do samej bitwy o Winterfell, został bezpowrotnie zaprzepaszczony. Bohaterowie zostali potraktowani ze zbyt wielkim szacunkiem, stając się figurami nie do zdarcia, a świat, w którym się znajdują, kolejny raz nierealistycznie ich oszczędził. Naprawdę nie mam pojęcia, jak rozegrają się ostateczne chwile tego serialu, ale wiem jedno – cholernie zawiódł mnie ten odcinek i niezależnie od zakończenia całości, pozostanie we mnie ogromny żal, ból i smutek. A tekst pisałem sercem, nie rozumem.

 

 

image sources

  • maxresdefault: hbo

2 thoughts on “Ból tyłka przelany na słowa, czyli bitwa o Winterfell okiem zawiedzionego fana.

  1. Bezsensowny start: Zacznijmy od tego, że „głównodowodzący” Jon i Dany widzą całą sytuację z pewnej odległości. Mogli uznać, że ten ogień to zapalone przedwcześnie zasieki. Dlaczego żadne z nich nie podleciało do zamku, zobaczyć co się dzieje?
    Pierwsza fala: Połowa bohaterów powinna zginąć od ciosów swoich towarzyszy. Przecież w tym chaosie wszyscy cięli na oślep. Jak odróżniali, czy przeszli ostrzem po wrogu, czy po przyjacielu?
    Viserion: Potrafi jednym dmuchnięciem stopić mury Winterfel, a nie topi kawałka skały, za którym schował się Jon?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *