10 najlepszych filmów 2019 roku

Jak co roku cała śmietanka towarzyska komponuje najprzeróżniejsze topki dotyczące filmów, gier wideo czy innych dzieł kultury. Takie listy to rzecz bardzo przyjemna do tworzenia, ale i czytania, gdyż zyskuje się dzięki nim sposobność do porównania swych wrażeń z wrażeniami kogoś całkowicie innego. W tym roku postanowiłem nie być wyjątkiem i z każda kinową czy internetową premierą aktualizowałem swój prywatny ranking, na którym ostatecznie znalazło się ponad pięćdziesiąt filmów. Wybrałem, zgodnie z klasyczną już zasadą, dziesięć z nich. Kierowałem się przede wszystkim emocjami, które przeżywałem w trakcie każdego z seansów i te najmocniej oddziałujące na mnie filmy postanowiłem umieścić na samym szczycie. Bierzcie i jedzcie z tego wszyscy, to są bowiem gusta moje.

10. Historia małżeńska, reż. Noah Baumbach

Baumbach to czysta definicja kinowego naturalizmu, zwykle bardzo bolesnego. Z jego twórczością zaznajomiłem się dzięki Netfliksowi, w którego bibliotece znalazłem moje ulubione dzieło tego artysty, jakim jest Walka żywiołów (2005). Doskonale się składa, że Noah postanowił związać się z tą platformą streamingową na dłużej i po przyzwoitej Opowieści o rodzinie Meyerowitz (2017) napisać coś znacznie odważniejszego. Historii małżeńskiej nie sposób odmówić kunsztu reżyserskiego, scenariopisarskiego i aktorskiego. W każdym z tych opanowanych do perfekcji pierwiastków tkwi groteskowa nuta teatralności. Sztuka widowiskowa jest nieodzownym elementem każdej sceny, a jej kulminacją jest jedna z najsilniej wybrzmiewających kłótni w historii kinematografii. Wątki autoteliczne ukrywają się gdzieś między słowami, nieco przekierowując akcenty interpretacyjne, ale nie zaburza to ogólnego obrazu dzieła. Ludzie się rozwodzą i cierpią, a my siedzimy z otwartą gębą przyklaskując każdej uronionej łzie – paradoks stanowiska odbiorcy.

9. Parasite, reż. Joon-ho Bong

Snowpiercer (2013) i Okja (2017) to dwa tytuły niezwykle atrakcyjne, pod których fajerwerkową strukturą kryją się proste, aczkolwiek mądre komunikaty i komentarze społeczne. Każdy z nich, tworzony w krainie Hollywoodu, zawierał w sobie autorski sznyt Bonga. Ten, uzyskawszy odpowiednią popularność i środki, postanowił powrócić do tworzenia w Korei Południowej i całkowicie oszalał. Film, który wyszedł z jego rąk, to gatunkowy kocioł, z którego niekontrolowanie wylatują opary geniuszu. Koreański twórca po raz kolejny bawi się kwestiami hierarchii klasowej, wyciągając na wierzch jej wszelkie absurdy. Robi to w sposób słodki-gorzki, miejscami nawet makabryczny. Trudno jest w pełni przyswoić sobie ten film, ale akceptacja materiału przychodzi z czasem. A wtedy uderza dwukrotnie.

8. Spider-Man: Daleko od domu, reż. Jon Watts

Nie, nie oszalałem. Wiem, że nie każdy sympatyzuje z Marvelem. Wiem, że w tym roku mieliśmy kulminację całej serii w postaci Avengers: Koniec gry (2019). Nowy pajęczak wbił mi się jednak w pamięć jako reset idealny, niezwykle udane odświeżenie całej formuły. Ten film daje sobie mocno na luz, jednocześnie atakując z każdej strony wakacyjno-nastoletnim humorem, który może i jest family-friendly, ale wywołuje szeroki uśmiech na mojej twarzy. Antagonista całego filmu to postać nieoczywista, chytra, łamiąca znajome dotychczas marvelowskie konwencje, a każdy z wątków pobocznych jest potraktowany z odpowiednią miłości. Peter Parker i jego kumple to przecież jeszcze dzieciaki, a ich mocno intensywne, superbohaterskie życie musi w jakiś sposób wyczerpywać. Tutaj ta próba odpoczynku i próba przenogocjowania pewnych wartości na skraju dorastania doskonale zarysowują całość filmu i każda z decyzji podjętych na przestrzeni fabuły wydaje się być skutkiem jakiegoś procesu myślowego protagonisty. Nawet wątek miłosny jest tu niesamowicie uroczy i szczery, a to prawdziwa rzadkość. Jeden z najlepszych filmów całego MCU i brylant kina dla nastolatków (którym jeszcze byłem gdy oglądałem film, sadface ).

7. Kafarnaum, reż. Nadine Labaki

„W zaniedbanej części Bejrutu dwunastoletni Zain pozywa rodziców za to, że się urodził.” Ten filmwebowy opis filmu to jedynie małe ziarenko w morzu powodów, skutków i konsekwencji. Bejruckie slumsy są niekończącym się labiryntem pełnym przeciwności losu, ale nie dla głównego bohatera. Ten dzieciak przyjmuje na klatę każdy zadany cios i rusza przed siebie szukając nowego, lepszego życia, radząc sobie prawdopodobnie lepiej od wszystkich jego rówieśników. W stronę filmu kierowane były zarzuty o emocjonalny szantaż i pewne reżyserskie szarże, bowiem ludzie powoli stają się wyczuleni na tzw. „poverty porn”. Z mojej strony powiem tylko, że nie wyczułem w tym polifonicznym apelu ani grama fałszu. Jest tu mnóstwo cierpienia, owszem, ale jest i niepodważalna prawda. Libański spadkobierca Projektu Floryda (2017).

6. Joker, reż. Todd Phillips

Jeśli nie najgłośniejsza, to na pewno najbardziej polaryzująca premiera roku 2019. Jak już pewnie odnotowaliście, znajduję się w obozie głośno chwalącym ten film, a jeżeli chcecie poznać pełną argumentację stojącą za tym stanowiskiem to zapraszam do mojej recenzji, zamieszczonej na łamach Fali Kina. Tutaj jedynie powtórzę najważniejszą tezę, mocno już przemieloną w ciągu ostatnich miesięcy. Żyjemy w społeczeństwie.

5. Irlandczyk, reż. Martin Scorsese

Ostatnimi czasy miałem tę przyjemność nadrabiania absolutnych klasyków kina gansterskiego. I nie mówię tu bynajmniej o Ojcu chrzestnym (1972) czy Dawno temu w Ameryce (1984), a o dziełach jeszcze starszych, pewnych prekursorach gatunku. Mały Cezar (1931), Wróg publiczny nr 1 (1931) i Człowiek z blizną (1932) ta godni reprezentanci niejako otwierający nowy etap historii kina. Z końcem Irlandczyka dochodziło do mnie, że jestem świadkiem pewnego zamknięcia tego etapu. Nie wiem, co powstanie po tym monumencie Scorsesego, ale wydaje mi się, że wszystko w tym filmie zostało powiedziane, a chłopcy z ferajny stali się dziadkami z ferajny. Cała esencja filmu gangsterskiego została właśnie objawiona i schowana w antycznym naczyniu, być może kiedyś ktoś zdoła je otworzyć.

4. Na noże, reż. Rian Johnson

Agent 007 zamienia się w Sherlocka Holmesa, by wytknąć bohaterom drugoplanowym nie tylko ich przestępstwa, ale i wszystkie grzechy. Lekkie oraz ciężkie. Czyste złoto współczesnego kryminału, jak i jego totalna dekonstrukcja, zawierająca w sobie jedne z najsmakowitszych przesadyzmów filmowych ever. Komizm wraz z inteligentnymi aluzjami ukrywa się gdzieś w gatunkowych szatach, by w odpowiednim momencie je bezczelnie zrzucić. Przykład na to, że dobra rozrywka nigdy nie kłóci się z ważnym przekazem. Jeden z najbardziej „filmowych” filmów tego roku.

3. Pewnego razu… w Hollywood, reż. Quentin Tarantino

Wiele, ale to wiele można mówić o osobie Tarantino, sposobach w jakich bawi się swoimi filmami i pasji, która wytryska z każdego z nich. Nieraz spotkałem się natomiast z  opiniami, że to wszystko jest naprawdę wspaniale opakowane, ale nic w sobie nie ma, o niczym konkretnym nie mówi. Ja zawsze odbierałem dzieła Quentina jako poematy miłosne do X muzy, a Pewnego razu… w Hollywood utwierdziło mnie w tym przekonaniu. Złote czasy kinematografii (i nie tylko) zostały tu przedstawione w słonecznych barwach, zawierając w sobie trylion nawiązań i odpowiednią dozę szacunku – szczególnie do Sharon Tate i Romana Polańskiego. Nigdy nie widziałem piękniejszego hołdu i podania ręki w stronę sztuki filmowej, jak przy zakończeniu tegoż arcydzieła. Zabawa oczekiwaniami widza i nieoszczędzanie w środkach przy jednoczesnym zachowaniu odpowiedniej klasy świadczy o bezdyskusyjnym wizjonerstwie Tarantino i pozycjonuje go w ścisłej czołówce artystów, którzy pokazali mi na czym polega sztuka.

2. Midsommar, reż. Ari Aster

Bardzo mi było przykro, gdy podczas seansu Dziedzictwo. Hereditary (2018), dresiarze na sali śmiali się z połowy filmu, całkowicie zaburzając mi jego odbiór. Dlatego też niedługo potem obiecałem sobie, że Midsommar obejrzę w takim miejscu i czasie, aby zminimalizować ryzyko wybicia z rytmu. No i stało się. Przy najświeższym dziele Astera zapadłem w niewytłumaczalny trans zakończony destruktywnym katharsis i tak jak próbowałem dojść do siebie po pierwszym seansie, tak za kolejnym rewatchem finalnej sekwencji przeżywałem to samo. Jest to kwestia mocno indywidualna, zakorzeniona w cząstkach, do których nie mam bezpośredniego dostępu, ale jeśli mam wyróżnić najmocniejsze doświadczenie wewnętrzne tego roku, to wybiorę właśnie ten horror.

1. Lighthouse, reż. Robert Eggers

Bliźniaczy przypadek względem Midsommar i jestem tym zaskoczony, gdyż nigdy nie uważałem się za wielkiego fana horroru. Współczesne przedefiniowanie tego gatunku sprawiło natomiast, że odczuwam zupełnie inny rodzaj strachu, bardziej rdzenny, mniej stymulowany. Dwójka latarników popada w obłęd, wzajemnie się obraża i pierdzi, a na ekranie pełno elementów skrojonych pod wywołanie śmiechu. Niemiecki ekspresjonizm, Sigmund Freud, Lovecraft, motyw falliczny, czerpanie z licznych legend i mitologii – a wszystko po to, by dostać się do światła. I gdy  protagonista, niczym Prometeusz, je faktycznie zdobywa, na twarzy widza maluje się jedynie puste przerażenie, będące skutkiem czegoś, co nawet nie zostało pokazane. Lighthosue to wypadkowa formy filmowej i doświadczenia filmowego, a więc i najlepszy film roku 2019.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *